|
Zwycięstwem 7:0 zakończył się drugi tegoroczny mecz ligowy Komety. Do przerwy drużyna z Kryniczna prowadziła 3:0.
Mecz odbywający się w mało sprzyjającej aurze (chłodny deszcz i błotnista murawa) z całą pewnością nie należał do najpiękniejszych, pomimo wysokiego zwycięstwa Komety. Był to mecz pełen niedokładnych zagrań i szybkich strat, ale przy tym też spotkanie, które pokazało bardzo dobrze, kto lepiej gra w piłkę.
Kometa rozpoczęła mecz bardzo dobrze i już w pierwszym kwadransie prowadziła 1:0. Po rzucie rożnym piłkę zgrywał Sawzdargo; piłka po jego kopnięciu ku zaskoczeniu wszystkich łącznie z bramkarzem trafiła w słupek, a z najbliższej odległości do siatki kropnął Dymitrow.
Później gra siadła i inicjatywę przejęli gospodarze, ale nie potrafili doprowadzić swoich akcji do konkluzji w formie strzału. Najlepszą sytuację wypracował sobie jeden z napastników, który przejął zagraną z lewej strony prostopadłą piłkę i popędził na bramkę, jednak Zapałowicz rzucił mu się pod nogi i wyłuskał futbolówkę, przy okazji samemu będąc faulowanym. W innej sytuacji, po rzucie rożnym i niepewnym piąstkowaniu bramkarza Kryniczna napastnik Strzeszowa oddał strzał, ale piłkę głową wybił Sawzdargo.
W końcówce pierwszej połowy Kometa za sprawą Barabasza i Dymitrowa strzeliła dwie kolejne bramki. Szczególnej urody była zwłaszcza ta druga bramka - nasz napastnik wyszedł sam na sam i delikatną podcinką umieścił piłkę w siatce.
Po przerwie zespół z Kryniczna ku rozpaczy kibiców gospodarzy zajął się podwyższaniem prowadzenia. Działo się to konkretnie dzięki Barabaszowi, który raz po raz wychodził do prostopadłych podań lub dośrodkowań i bez problemu wkładał piłkę do siatki. Swojego gola dorzucił też Gawęda, który przedarł się jak drapieżna barakuda przez rafę koralową i nie dał szans bramkarzowi na żadną interwencję.
Swoją szansę miał też Michał Majewski, który minął kilku zawodników i mógł spytać bramkarza, w który róg uderzyć. Nie do końca wiedział jednak jak sformułować pytanie i golkiper Strzeszowa zabrał mu piłkę.
Rywale dopiero w końcówce wzięli się do poważniejszych prób zagrożenia bramce Zapałowicza. Najpierw jeden z nich wyszedł z prawej strony i znajdując się w sytuacji sam na sam został zgaszony niczym pet Norka. Najbliżej zdobycia honorowego trafienia gracze Startu byli dwukrotnie: najpierw po zamieszaniu w polu karnym, gdy strzał z kilku metrów oddawał jeden z ich napastników, został zablokowany na spółkę przez Bigdowskiego z Zapałowiczem, i ten pierwszy wybił piłkę z linii bramkowej. Później uderzenie z rzutu wolnego zaskoczyło Zapałowicza, który sparował piłkę na poprzeczkę, a dobitka na szczęście poszybowała w łapacz.
W końcówce byliśmy świadkami wybitnie kontrowersyjnej sytuacji. Bramkarz Kryniczna wraz z napastnikiem Strzeszowa ruszył do tej samej piłki, wybił ją, jednak zrobił to tak niefortunnie i na tak dużej wysokości, że wpadający na niego z impetem napastnik uderzył piszczelem prosto w kolano Zapałowicza. Sędzia odgwizdał rzut wolny dla ekipy z Kryniczna, co spowodowało ogromne protesty gospodarzy, domagających się rzutu karnego i - co za tym idzie - czerwonej kartki dla bramkarza. Po kilku minutach mecz dobiegł końca i Kometa wywiozła ze Strzeszowa 3 pkt, zostawiając rywalom bagaż siedmiu straconych bramek.
Start Strzeszów - Kometa Kryniczno 0:7 (0:3)
bramki: Barabasz 4, Dymitrow 2, Gawęda
skład Komety: Zapałowicz - Gawęda, Bigdowski, Mikołowski P. (75' Paciuch), Foryś - Muszyński, Sawzdargo, Majewski M., Mogielnicki - Barabasz, Dymitrow.
żółte kartki: Foryś, Sawzdargo.
|